0001-4698-szczekanie_b_sml_120

SZCZEKANIE GŁODNYCH PSÓW

Autor:  Beata Patrycja Klary
Gatunek: Poezja
Wydawca: WiMBP Gorzów Wlkp.
Data wydania: 2010
Data dodania:  29 października 2010, 08:52:14
ISBN: 978-83-928846-8-2

Krótki opis:

Jerzy Suchanek Nieznośna redukcja mężczyzny Opatrując swoją nową książkę poetycką mottem z Walta Whitmana: „Równouprawnione są tylko narządy płciowe”, Beata Patrycja Klary narzuca sposób lektury i równocześnie ostrzega przed swoistym sarkazmem, którym nasycone są jej wiersze. Można spodziewać się erotyków, nawet śmiałych erotyków, w których czynności miłosne będę nie tyle pokazane, co nazwane wprost, i tych faktycznie w tomie nie brakuje. Są to jednak częściej „psychoerotyki” – akt miłosny jest najczęściej tylko tłem lub pretekstem do studium sytuacji psychicznej kobiety.

Fragment:

Tom wierszy Szczekanie głodnych psów zdaje się potwierdzać moją entuzjastyczną diagnozę odnośnie współczesnej poezji. Pośród zalewu poezji średnich lotów Klary szybko dotarła do swego świata i swego stylu, do własnego języka, do oryginalności i inności, co na wagę złota. Jej osobowość twórcza jest zaskakująca, wspaniale dziwaczna, niepospolita, pełna osobliwych pomysłów i klimatów, nawet ta szeroka fraza jej wiersza staje się swoistą licentia poetica. Rozpoznawalność – każdy z nas o tym marzy, mało kto osiąga.

W tym tomie jest osobny świat i spleen. Intryguje już wiersz na samym wstępie:

Wszystko zmyśliłam.

Gigantyczne fallusy zmyśliłam na początku. Później

doszły drobne piersi i jeszcze drobniejsze waginy,

Was zmyśliłam na końcu. Od razu umieliście czytać.

Martwię się co nieco o to, czy każdy z Was będzie umiał czytać ten tomik. Klary nie jest „grzeczną dziewczynką” i raczej nie szuka bluesa w „wydaniu lirycznym” i ozdobnym, choć i on jakoś tu pobrzmiewa. Jednak serpentyn i confetti oraz innego „pejzażu” – mało! To wiersze drapieżne, czasami turpistyczne (choć osobliwie piękne); wiersze „mocnych pomysłów” i nieulizanych scen; szukam w nich i w swojej głowie klucza do osobowości Autorki, ale widzę tylko coś bolesnego, przetrąconego, czego nie umiem nazwać.

Cechą rzucającą się w oczy w tym zbiorze jest przejmujący sensualizm. Dużo erotyków, ale jakby nietypowych, w których czai się samotność i niepokój; ciało to epicentrum „zdarzeń”, lecz także swoista udręka. Dziwny nastrój post coitum triste wypełnia tę szansę zjednoczenia, czyni z kobiety i mężczyzny byty wiecznie osobne. Coś – choć innym językiem – z Wojaczka, z jego nihilistycznej rozpaczy, pustki. Co ciekawe: jest tu garść wierszy napisanych przez „ego męskie”, wcielonych w mężczyznę, jakby narratorka wiersza (bardzo czasami prozatorska mowa podmiotu) chciała wniknąć w cudzą skórę, by otworzyć swoją. To oglądanie przeciwległych planet istnienia, pragnienia, czucia i... frustracja. Miłość jest tu „bezwstydna”, ale i jakby ponura; uzmysłowiająca swą niedoskonałość w budowaniu ładu egzystencjalnego; czytaj: szczęścia. Wszystko, co „liryczne” (a jest tego sporo, wbrew temu, co napisałem wyżej) nie niesie legendarnej nirwany, w każdym razie nie znalazłem jej. Mimo uniesień, zmysłowość, pożądanie, pozostawiają świat pojawiających się tu postaci dziwnie chłodnym i niedopiętym w spełnieniu. W wiecznym głodzie sytości.

W dalszych partiach tomiku te nastroje się uogólniają i „filozofują”. Ot choćby już na początku wiersza pt. ławka z widokiem na browar:

Gołębie srają wszędzie. Kompletne ogrodzenie,

choć nic nie odgradza, nie stanowi przejścia.

Płot lub mała płotka z heblowanej deski zatrzymują

w naskórku drobinki wulkanu. Obcość mówi więcej

niż bliskość kochanka. Struktury są odmienne.

Pasma drżą pionowo.

Ta strofa uchwytuje cały fenomen harmonii i dysharmonii; wyraża jakby immanentną destrukcję ontologiczną ludzkich reakcji; obcość staje się formułą i miarą; istotą. Zaczyna się od rzeczy małych, trywialnych: męski smród. Fajki, genitalia, pachy...(z wiersza pt. historyjka o kudłatym psie. dygresja druga), a kończy bolesnym, kamuflowanym solipsyzmem – jak w wierszu pt. abdykacjatrzeba udawać, że się nie jest dla siebie (...) ty i nic poza jeden.

To jest chyba główny sens tych wierszy: alienacja! Jaskrawe przeżywanie osobności i obcości. Chłód „niekoherencji”. Rozpacz, tak!, rozpacz samotności. Miłość dlatego jest tu tak ważna, bo w niej największa nadzieja. Wyjście? Zmyślać siebie lub być przez kogoś zmyślonym... Hm, wsłuchajcie się wnikliwie w tę sugestię. Tkwi w niej cały fenomen naszej wiecznej fikcji i kulturowości, fatamorgana, sens bezsensu i bezsens sensu – a jednak tak namiętnie kochamy się i wyciągamy rękę po jabłko, którego nie ma. Klary to zrozumiała i potrafiła opowiedzieć w swoim trzecim tomiku.

Jest to tomik pod wieloma względami wstrząsający. Dawno nie czytałem tak dobrej poezji jej pokolenia. Jest w nim gorączka, namiętność, ból, nihilizm, ale i jakaś wspaniała ekscytacja zmysłowością i życiem. Jest szczerość i przenikliwa autoeksploracja. I co może najciekawsze: to wiersze niezwykle refleksyjne i intelektualne; one mają swój atrakcyjny sztafaż, nie brną w ascezę słów i efektów, ale w tej artystowskiej i psycho-freudowskiej i jungowskiej pasji opowiadania siebie Klary tak naprawdę napisała traktacik filozoficzny; dla mnie wstrząsający w swej jasności spraw trudnych i mrocznych.

Komentarze (1)

Musisz być zalogowany, żeby dodawać komentarze. Zaloguj się
Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się